LukaBandita.

Status związku: żonaty/zamężna
Chcę grać z: kobiety, mężczyźni
Szukam: przyjaźni, rozrywki
Znak zodiaku: waga
Urodziny: 2018-09-27
Rejestracja: 2009-11-07
Nie przepraszam że żyję, jednocześnie nie mogę zapewnić, że to się nigdy nie powtórzy.
Punkty49Więcej
Do utrzymania poziomu: 
Ilość potrzebnych punktów: 151
Ostatnia gra

Stand up, czyli co mnie uratowało i ratuje w pandemii.

Chodzicie na stand upy? Oglądacie na YT?
Jeśli tak, to poproszę o napisanie o Waszych ulubieńcach i tych, których nie możecie znieść i dlaczego.
Moją przygodę z tym gatunkiem komediowym zaczęłam trochę nietypowo, bo od pierwszego polskiego stand upera, bo choć on nie uprawiał wtedy tego zawodu w naszym kraju, lecz za wielka wodą, to był jednak pierwszym Polakiem, który wziął się za ten trudny kawałek rozrywki.
Uwaga, piszę o Cejrowskim...Tak, o TYM WC i proszę mi nie pisać, że to katol i oszołom, bo mnie jego prywatne poglądy na kościółek nie obchodzą. Nieco drażnią, ale nie obchodzą.
Ciekawostka kolejna, WC to jedyny studnd uper w Polsce ( bo już od lat występuje w Polsce), który nie bluźni ze sceny, brak tam również, jakże typowego dla tego gatunku, żartów o fiutach, a nawet jak są, to WC mówi subtelnie o indiańskim pinga-pinga.
Potem mój prawie sąsiad z Łodzi, czyli Rafał Pacześ. Dobry, ale już nieco zjada własny ogon.
Lotek, gruby wiór ( jak to mówi Pacześ) z Wawy. Najlepszy żart Lotka o seksie? A ten o tym, że jak mu jego dziewczyna robi ..dobrze w lesie, to chociaż jej na głowę nie pada.
Antoni Syrek- Dąbrowski...Geniusz. Polecam jego kawałek "Sierpień"...Wtedy zrozumiecie, że mimo wielu wysiłków nie uda Wam się nie śmiać, podczas gdy on opowiada jak miał guza mózgu.
Śmiejesz się ale czujesz, że jednak nie powinieneś. Na nic, będziesz się śmiać.
No i czas na mój numer 1, czyli Abelard Giza , tak to ten polski Arab z kabaretu Limo ( nie obrażam gościa, ona tak sam się z siebie śmieje).
Nie radzę oglądać przy pełnym pęcherzu.
Abelard jest constans. Każdy jego program trzyma poziom.
Mogłabym wymieniać jeszcze długo, ale nie chcę zadręczać, kto zna, ten wie, kto nie, ten łatwo znajdzie na YT strona stand up Polska.
P.S. Dla pań polecam Michała Sochę...Zabawny, a i oko jest na czym zwiesić ;)


Św. Mikołaj, kłamstwo uzasadnione ;)

Proponuję Wam zabawę i wymianę wspomnieniami pod tytułem : " W jakim wieku straciliście wiarę, że prezenty przynosi Mikołaj, a nie starzy, i dlaczego?"
Zacznę od siebie. Miałam 6 lat, gdy spotkało mnie to świństwo i przestałam wierzyć, że brzuchaty facet z brodą wciska się kominem, by sprawić mi przyjemność prezentami.
Dzieckiem byłam spostrzegawczym, a czasy siermiężne. Prezentami pod choinkę bywało to, co teraz gnije na sklepowych półkach, czyli tzw. owoce południowe.
Mamunia nie wiedziała, że jestem "sokole oko" i choć z powagą, i pietyzmem kulfonami bazgrałam list do świętego, a mamusia z równym zaangażowaniem kładła list na parapecie, by zaraz go schować, to rąbnęła się masakrycznie. Zapakowała prezent od Mikołaja w torbę, którą widziałam wcześniej w szafie. Były te banany i pomarańcze i jeszcze stoliczek dla lalek z krzesełkami, a ja ryknęłam płaczem. Bo choć prezent był extra, to już wiedziałam, że Mikołaj to urban legends. Mamusia jeszcze próbowała zbajerować cór w wersji nie imago, że Mikołaj miał taką samą torbę...Nie przeszło u mnie. Mamun zrozumiała, że "po ptokach". Jak u Was z tym?


Zakupy w koronie.

A było tak. Poszłam do sklepu gdzie jestem stałą klientką. Na drzwiach jak byk stoi, że tylko w maseczkach. Ekspedientki tam nigdy nie reagowały jeśli ktoś wchodził bez, same zresztą też nie noszą, sadząc chyba, że ten kawałek pleksy za ladą został pobłogosławiony przez papieża, skąpany w cudownej wodzie z Lichenia, Częstochowy i z poprawką, dla pewności, w Lourdes. Zrobiłam zakupy i już pakowałam się przy ladzie, gdy wszedł sobie pan w piżamie i pantoflach, strój uzupełniał nonszalancko zarzucony na ramiona płaszcz. Stanął sobie obok mnie, nie dzieliło nas więcej niż 10 cm. I zaczął trele do pań ekspedientek...A to słodkie rączki słownie całował, a to do stópek padał, a jakie one laski ( panie ok 50 i 60 lat obok laski nawet w młodości nie stały). Panie zachwycone, zbiegły się wszystkie trzy i napawały trelami, których z pewnością często nie słyszą, a raczej wcale. Zero reakcji na brak maski. No to zareagowałam:
-Niech się pan ode mnie odsunie
-Dlaczego?
- ( no dobra, kur...de, debil chyba, to wytłumaczę) Bo pan nie ma maseczki i stoi pan bardzo blisko mnie
- ....cisza, mina zdziwiona i już wykrzywiona
- Mówię do pana, żeby się pan odsunął, czegoś pan nie rozumie? Mamy pandemię ( już przestałam być grzeczna)
- A pani ma maseczkę? (na wkurw...e)
- Nie widzi pan, że mam?
- To jest gówno, a nie maseczka!
( Maseczka solidna, z dwóch różnych warstw, oczywiście nie przeciwgazowa)
I tu trafił mnie szlag i to natychmiastowy, bo nie trawię w dyskusjach, gdy ktoś nie ma argumentów na swą obronę i robi coś w stylu "a u was to murzynów biją"...
- Ale ja mam, a pan nie ma!
- W dupie to mam!
Najgorsze było to, że żadna z tych bab nie pisnęła słowem...Zero reakcji. Stały nieme i ślepe...No cóż on najpierw usłyszał, że panie będą miały przez niego i swa postawę problemy, bo sprawę zgłaszam do Sanepidu. Usłyszałam jeszcze jego rechot i no cóż, powiedziałam co o nim myślę i wyszło mi coś na kształt : 'Ty pip, pipp,pippp", a do pań "więcej tu nie przyjdę" i dla podkreślenia powagi słów pierdyknełam im ciężkimi drzwiami, mając nadzieję, że wypadnie z nich szyba. Nie wypadła, ale huk zadowolił mnie w pełni.
U Was w sklepach tez taka nonszalancja wobec potencjalnej choroby i śmierci?


Niesforny Dyzio, czyli rzecz o nowoczesnym Sebixie i Sebaxini.


Niby zwykła, codzienna sprawa- idę na zakupy spożywcze. Przechodzę obok szkoły podstawowej, w której, zdaje się, zakończyły się jakieś grubsze zajęcia pozalekcyjne, bo pełno rodziców przychodzących po swe latorośle. Normalna sprawa. Idę sobie grzecznie moją stroną chodnika, przy samej jej krawędzi. Co prawda jest jeszcze nieco miejsca po prawej stronie, ale tam metalowe barierki i posadzona w nich roślinność. Zbliżam się do nich na ile mogę, bo rajtuz nie mam ochoty poszargać. Idą z naprzeciwka...Tyralierą...3 osoby i w wersji odbiegającej od anoreksji: mamunia, syn i córka.. Ja też nie z tych chorujących na to. .Tak sobie myślę: W czworo nie zmieścimy się...Chodnik ewidentnie przewidziany na 2 mijające się osoby. Co prawda można na trzeciego jak na drodze do Strykowa, ale tam jest pobocze...No tym chodniku pobocza niet. Idę i patrzu , i wiżu..Nie ma szans...Będzie kolizja. Matka idzie, ale nie reaguje...No dobra, nie ustąpię źle wychowanemu dziecku, no way Josse, nie ma mowy. To byłaby pełna moja kompromitacja i zły przykład dla sebiksuni ( bo to ją miałam na wysokości lewego ramienia). Pewnie, że walnęłyśmy się. Delikatnie, bo sebixa w ostatniej chwili zauważyła, że ..no way Josse. Na rewanż nie trzeba było długo czekać. Tym razem mamunia i dwa sebixy...Teraz jestem już przyszykowana i robię poważniejszy eksperyment. Przysuwam się jeszcze bliżej tych barierek ( trudno, podrę te świetne Gatta 60 den microfibra ). Nie pomaga, tyraliera z 3 osób znów. Idę szybko, przysunięta do krawędzi. I wiem, że znów będzie kolizja, bo mamuna sebixów nie reaguje, choć mnie widzi. Dwie sztuki upasionych czipsami sebów patrzą się na mnie bezczelnie i prą. I już wiem...Albo wy, albo ja. Idę...oni też. Bummm..Ramię seby nie miało szansy. Lekko strąciło go z obranego kursu. Nie, nie przewrócił się, nie zachwiał...ja po prostu nie dałam się zepchnąć w krzaczki, ani nie mogłam więcej ustąpić drogi, choć to matka powinna nauczyć dziecko jakie zasady obowiązują. Po tym buum mamunia seby podniesionym głosem poinformowała mnie, że staranowałam jej syna. Ok, mamy więc jej uwagę, co prawda jednostronną , ale jednak. Powiedziałam tylko tyle, że dobrze by było zwracać uwagę na swoje dzieci i na innych ludzi też Może przesadzam z tą misją i ktoś mi w końcu wpierdoli. Jednak....Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie.

Obraz może zawierać: 1 osoba, tekst

Stosunki sąsiedzkie.

Chyba najłatwiej na pustyni dałoby się żyć, by nie upkrzykrzać życiu innemu człowiekowi, a co najwyżej skorpionom, ale one chyba głuche są. 
Nie cierpię blokowisk, choć mieszkam w Łodzi. Wolę kamienice, bo te dobrze zbudowane mają grube ściany i nic przez nie nie słychać.........Ale słychać przez stropy. Taka sytuacja: Nade mną coś biega, okrutnie. 2 nad ranem, 4 rano, 6 rano, 10 rano, 23 już nie rano...Myślę sobie: baba ćwiczy, bo jest mała i gruba, pewnie zapieprza na jakimś urządzeniu. Ale kurwa aż tak? Zwariowała, dostanie zawału. Nie wiedziałam co to jest. Po 3 miesiącach męki ( bo akurat nad moją sypialnią odbywały się te dżwięki) poszłam sobie do sąsiadów i tak z pewną nieśmiałością ( jak pani Patrycy) poprosiłam o uciszenie dźwięków. Drzwi otworzył mi pan i od razu walnął : No ja wiedziałem, że tu ktoś przyjdzie, bo to jest nie do zniesienia". Synek, 2 latka, bosymi  stópkami lata. Okkk...a mógłby synek tak się trochę ograniczyć? Tak, mógłby, dopilnuję tego...haha. 4 dni spokoju i jazda od nowa. Tym razem nie chce mi się tam do nich iść i produkuję piękny list na dużym formacie. Kurwa, nawet na papierze kredowym im to piszę. Brzmi to tak" Drodzy sąsiedzi ( i tam im pierdolnełam uśmieszek i serduszko), kochani, mam wrażenie, że nade mną prowadzicie Państwo małą hodowlę kucyków, biegają od rana do nocy...czy można je jakoś powstrzymać?" No i zaczęło się...Jak ja mogłam nazwać 2 letnie dziecko kucykiem? Pyta pieprznięta mamunia. Odpowiedziałam, że nie zrozumiała moich słów, niech sobie jeszcze raz przeczyta. Ona niby zrozumiała, ona wie, obraziłam jej dziecko i ona idzie do sądu. A ja na to ...ok, skoro nie wie pani co to parafraza, widocznie nie było pani na tej lekcji polsiego w podstawówce. Do czego zmierzam: Nie rozumiem ludzi, którzy może i coś napsocą, jednakże nie potrafią przyznać się do błędu, a szczególnie nie potrafię zrozumieć mamusiek przewrażliwionych na punkcie swoich rozwydżonych dzieci. HOWGH!